niedziela, 5 czerwca 2016

MERRELL ALL CRUSH OUT LIGHT : RECENZJA


Wierzch: oddychająca siateczka, TPU i tkanina
7 mm różnica między piętą i palcami tzw. 7 mm drop
15 mm amortyzacja
M-Select FRESH
Odblaskowe elementy dla lepszej widoczności
Wzmocnienie na palcach
Model przyjazny weganom
Zintegrowana wkładka EVA
Stabilizująca wkładka TrailProtect
Podeszwa środkowa UniFly
Podeszwa zewnętrzna M-Select GRIP
Bieżnik 5 mm
Waga: 218g

Merrel „ ALL OUT CRUSH LIGHT” to buty do szybkich trailów, lekkie, elastyczne i które się bardzo dobrze sprawdzają z błotem. Dosyć minimalistyczne (jan na mnie) i wygodne, idealne są dla wszystkich tych, co twierdzą, że buty trailowe są zbyt ciężkie i dalej wolą startować w butach do asfaltu nawet w lesie i na zawodach crossowych.
Zgłosiłem się do firmy MERRELL, bo chciałem zapytać jaka jest ich propozycja na rok 2016 i odpowiedzieli, że to akurat model All crush out light. Dobrze.

Zacząłem testować na treningu głównie w lesie, na trasie mocno crossowej. Pierwsze wrażenie jak się nosi takie buty jest bardzo pozytywne i przyjemne. Strasznie nie lubię ciężkich butów bo mam wrażenie że biegnę z ciężarami w nogach a tu od razu mi się przypomniały wszystkie artykuły o bieganiu naturalnym które czytałem. Las, natura, lekkość : świetnie.
Plany treningowe po rezerwatach i lasach wykonałem w butach Merrell. Najlepiej sprawdziły się podczas treningów w drugim zakresie do 20 km i tempówki po ok. 500 metrów góra / dół. Pod warunkiem, że podłoże jest miękkie, będziecie bardzo zadowoleni z tych butów jeśli wykorzystacie je do takich treningów jakościowych. Elastyczność tych butów pozwala nam poczuć teren, dostosować się do niego.
Kolejna pozytywna rzecz to cena i asortyment kolorów: buty kosztują 360 zł (czasami mniej) i dostępne kolory poniżej:







Minusy
Drogi żwirowe. Tu się zaczyna problem, bo małe kamienie potrafią bardzo boleć kiedy się biega w takich butach. Testowałem je podczas biegu Puchar Jana III Sobieskiego w Warszawie, 4 km które pokonałem w bardzo spokojnym tempem, bo na trasie głownie zrobiłem zdjęcia. Od pierwszego do ostatniego metra nie czułem się swobodnie i musiałem bardzo uważać na stopy.

Ostatnia uwaga: z boku buty zaczęły się lekko odklejać po 60 km testowania (oczywiście nie w tym samym dniu J ). Prawda jest taka, że dużo marek ma z tym problem, czytam o reklamacjach Inov-8, Salomon, Adidas: czasami nam się trafi taka para butów, po prostu. Nie oznacza to, że każda para tego samemu modelu będzie miała dziurę po kilku kilometrach.

Dobre buty, plusów jest dużo na miękkim terenie: polecam.



wtorek, 24 maja 2016

LA SPORTIVA AKASHA - RECENZJA



Stopa:
Szeroka
Drop:
6 mm
Rozmiary:
36 - 47,5
Waga:
330 g (rozmiar 42)

Klasyfikowanie Akasha w butach La Sportiva
Akasha to najnowszy model butów La Sportiva, stworzony do długich treningów lub biegów na ok.100 km. Na dłuższe dystanse do tej pory mieliśmy tylko model ULTRA RAPTOR, dzisiaj jest moim zdaniem dużo wygodniejsza opcja.
Co do lekkości i dystansów możemy klasyfikować buty La Sportiva w takim sposób :
- Bushido
- Mutant
- Akasha
- Ultra Raptor

Gdzie testowałem
Kupiłem buty w marcu jak tylko były dostępne na włoskim rynku, płaciłem za nie 120 euro (cena katalogowa 150 euro). Potrzebowałem butów do Ultra maratonów górskich, żeby biegać swobodnie przez kilka godzin. Testy zrobiłem we Włoszech (skalne góry, drogi żwirowe, asfalt, pola) i w Polsce (Warszawa, Szczawnica i Zakopane).

Plusy i minusy na rożnych podłożach
Asfalt – wiadomo że w biegach ultra mamy kawałki asfaltowe mimo że je wcale nie lubimy. But jest taki miękki, że bieganie po asfalcie to nie problem.
Kamienie – buty dobrze chronią nam stopy, są stabilne i z wysoką amortyzacją. Mimo, że konstrukcja nie jest taka mocna jak w Ultra Raptor udało się zbudować trochę lżejsze buty i dać poczucie bezpieczeństwa na technicznych zbiegach.
Ziemia utwardzona, klasyczny szlak – Akasha to świetny but do póki szlak jest suchy. Niestety na mokrych terenach (i tu nie mówię o Łemkowynie czy o ekstremalnych warunkach) zbierają dużo błota i po kilku metrach jesteśmy wyżsi o 5 cm....tak jak Ultra Raptor się świetnie sprawdza z błotem, tu jest katastrofa.

Podsumowanie
+
Akasha to bardzo wygodne buty dla szerokiej stopy, gwarantują świetną amortyzacje, dobrą stabilizacje i pasują do każdego suchego terenu. Buty bardzo wytrzymałe, mimo kilometrażu wysokiego nie widać znaków zniszczenia.  

-
Błoto to ich największy wróg, zdecydowanie nie polecam je nosić, jeśli przed startem padało deszcz. 


czwartek, 19 maja 2016

BIEGANIE NA ZAKYNTHOS : GDZIE BIEGAC I JAK ZREALIZOWAC SWÓJ PLAN TRENINGOWY



Bieganie na Zakynthos to bardzo fascynująca i jednocześnie trudna sprawa: wakacje dla wielu osób, to odpoczynek, a dla niektórych świetna okazja, żeby zrobić sobie mini obóz. W moim przypadku to zdecydowanie ta druga opcja. Brak konkretnych podbiegów i zbiegów w Warszawie sprawia, że jak tylko jest możliwość porządnie trenować do ultra górskich mam tendencje dodać parę akcentów do mojego planu treningowego.
Żeby było jasne co robiłem i w jakim sposób, wklejam tu mój plan treningowy, który nie przewidywał że będę właśnie w Grecji i który prawdopodobnie miał był zrealizowany w Warszawie.

 1 dzień : ok 1 godz biegania  
 2 dzień : 3h00 cross + stretching.
 3 dzień : cross 2h30 na 80% + 30 min na 90% + stretching
 4 dzień : 1h00 na 70% + ćwiczenia
 5 dzień : 30min rozruchu + 10 razy 30 s podbieg + 10 min truchtu +
stretching
 6 dzień : 2h00 cross + stretching
 7 dzień : 2h00 na 80% + szybkie zbiegi + stretching

Crossy zostały zmienione na teren górski, codziennie. Płaskie odcinki byłe oczywiście ale je dodałem do planu tylko jako poranne rozruch bo zależało mi żeby kręcić więcej kilometrów.



Poziom trudności

Zakynthos to zdecydowanie miejsce trudne jeśli chce się biegać w górach. Nie ma czegoś takiego jak oznaczone szlaki i tereny są głownie dwa: asfalt lub drogi żwirowe. Moja baza była w Laganas i pierwszy konkretny podbieg był około 500 metrów od hotelu. Każdy trening zaczyna się na asfalcie i za nim znajdziecie drogę żwirową trzeba biec około 6 kilometrów. Wtedy zaczyna się fajna trasa dookoła gór która się kończy ostrymi zbiegami w jakiejś miejscowości lub...w martwym punkcie miedzy drzewami oliwnymi. Niestety tylko 2 razy na całej wyspie udało się znaleźć drogi żwirowej z której można było kontynuować bez wracania. Poziom techniczny tych dróg jest dosyć niski, mimo nachylenia nie trzeba mieć nie wiadomo jakiej techniki.
Asfalt jest przyjemny bo oczy zawsze mają gdzie patrzeć: tu morze, tu góry, to osiołki lub kozy, tu piękne drzewa. Panorama pomaga bo często taki podbieg trwa około 8 kilometrów z nachyleniem do 20% (średnie 10-15%) według oznakowań. Kiedy nogi już są zmęczone i biodra bolą zaczyna się ostry zbieg i tak jest cały czas.
Jeśli jednak biegać w górach nie chcecie, można na płaskim po asfalcie lub po plaży. Plaża jest dosyć twarda i poziom trudności jest niski.
Krótko mówiąc: jest gdzie trenować bo Zakynthos tak jak inne Greckie wyspy jest mocno górzysta.



Jakie buty w górach?

Pojechałem do Grecji z dwoma parami butów: Adidas Adios 3 i Hoka One One Speedgoat.
Pierwsze podejście w górach było w Adiosach bo nie wiedziałem czy w ogóle mi się uda znaleźć coś innego od asfaltu: jak pisałem zero oznakowań. Jak już byłem na drodze żwirowej podbiegi były ok ale zbiegi zdemolowały mi stopy. Do dzisiaj prawa stopa bardzo boli bo kamienie są małe i bardzo ostre.
W butach trailowych wiadomo, że nie fajnie jest biegać po asfalcie, zwłaszcza kiedy amortyzacja jest mała. Mimo wszystko uważam że warto biegać w nich około 10 km po asfalcie żeby się potem konkretnie bawić na zbiegach bez żadnego bólu.
Hoka One One ułatwiły mi zadanie bo mają świetną amortyzacje i są bardzo lekkie dlatego Adiosy zostały tylko na poranny rozruch.

Gdzie biegać?

Tylko wschodnia strona jest dosyć płaska, cała reszta ma dużo fajnych i charakterystycznych miejscowości do których warto biegać.
Startując z Laganas prawie zawsze biegniemy do Lithaki i wtedy jest skrzyżowanie : albo ostro w góry na Agalas (około 12 km jedną stronę), albo w lewo na Keri Beach (około 7 km jedną stronę) albo w prawo na Pantokratoras/Zakynthos town. Pierwsza opcja jest najtrudniejsza, od morza jest około 8,5 km samego podbiegu, potem 2 kilometry zbiegu i jeden z najlepszych widoków na całej wyspie. Za Agalasem zaczyna się droga żwirowa bardzo kreta która zbiega nad morze, jest bardzo długa i możecie biegać w stronę południa lub północy. 7 km od morza, za nim skręcacie na Agalas możecie iść prosto: droga dalej pod góry prowadzi do miejscowości Agios Leon, klimatyczna miejscowość przez której się idzie do pięknego Portu Limnionas (zdjęcie poniżej).



Port jest około 20 km od Laganas wiec jeśli nie chcecie sobie robić maratonu górskiego jeździe po prostu quadem do Agios Leon i potem biegiem do Portu Limnionas i Roxa. Znajdziecie na miejscu bardzo fajną tawernę (zdjęcie poniżej) gdzie możecie jeść lub po prostu pic sobie włoskie espresso (marki Kimbo) i wracać.




 Poziom trudności dosyć wysoki bo droga jest bardzo stroma, quad miał problem się „wspinać”. (na zdjęciu fragment drogi).




Jeśli chcecie biegać na Keri Beach podbieg trwa do Lithaki a potem droga jest dosyć płaska. Jak będziecie na punkcie widokowym (jeden z najpilniejszych miejsc na wyspie) zaczyna się ostry zbieg który prowadzi do celu ale który będzie z drugiej strony czekał na Was i już taki przyjemny nie będzie J Poziom trudności : średni.
W Lithaki bardzo dobrą opcją jest skręcanie w prawo: jeśli szukacie górskie klimaty biegniemy do Pantokratoras gdzie są głownie dwa podbiegi, jeden asfaltowy z nachyleniem czasami powyżej 20% (i super widok na Laganas, Zakynthos town i morze ) albo drogą żwirową po drugiej strony góry (tu są zdjęcia i z jednego i z drugiego punktu).




Biegając na Zakynthos town droga jest płaska, możecie potem wracać dolną drogą wzdłuż morza.

Podsumowanie


Piękna wyspa na której da się dobrze trenować i się porządnie wzmacniać i męczyć. Bardzo polecam bo teren nadaje się do każdego rodzaju treningu. Temperatura czasami jest dosyć wysoka wiec zawsze lepiej mieć bidon, plecak lub po prostu trochę pieniędzy przy sobie żeby coś kupić do picia po drodze. Jeśli wybieracie się z Pantokratoras w góry kupcie wcześniej coś bo oprócz owiec nie będzie nic. Inne kierunki natomiast mają miejsca gdzie możecie się zatrzymać. Średnio góry mierzą około 450 metrów, najwyższy punkt ma około 700 metrów: żeby osiągnąć szczyt potrzebny jest zejście z drogi żwirowej w 90% przypadkach. 

środa, 4 maja 2016

JA, NIEPOKORNY MNICH: PSYCHOLOGICZNE GRY I TRIKI


Że jestem mnichem to wiadomo: nie imprezuje, stosuje pewną dietę, nie pije, nie palę itd itd... a, że niepokorny to dopiero od 23 kwietnia. Jadąc do Szczawnicy próbowałem się specjalnie nie stresować przed startem, szczególnie w pociągu: przez 2 godziny rozwiązywałem sudoku i czytałem  bardzo fajny artykuł o mistycznej strony biegów ultra (to był jakiś azjatycki portal po angielsku, nazwy niestety nie pamiętam). Temat jest dla mnie wyjątkowo ciekawy bo od kilku tygodni się zastanawiałem „o czym ja mogę myśleć podczas takiego długiego biegu?”. Nie ukrywam, że psychiczna strona zawsze była moim słabym punktem.
Nie wiem dlaczego, ale każdy bieg u mnie jest związany z piosenką która...mi się nie podoba! Powiedziałbym nawet,  że ta piosenka którą mam w głowie od pierwszego do ostatniego kilometra mnie męczy i denerwuje! Każdy bieg, to inna piosenka i NIGDY to nie piosenka którą lubię...do cholery, co to ma być??Dlaczego? To jest jak być fanem AC/DC i śpiewać „Baby one more time”!!!
Pewny biegacz, bohater tego artykułu, rozmawiając w Azji z mnichem powiedział mu że kiedy trenuje widzi gdzieś tam daleko w niebie samolot...że ten samolot go denerwuje i że chciałby go nie zauważać. Mnich słuchał uważnie i pytał : ”czy możesz coś zrobić, żeby ten samolot nie latał?” – „Nie” odpowiedział biegacz. „Dokładnie, nic nie możesz zrobić, nie masz na to wpływu, niech sobie lata. Ważne tylko żebyś nie budował lotniska”.
Tak jak bohater tej historii (który potem już nie patrzył na żaden samolot) mi się udało usunąć z głowy tą denerwującą melodię myśląc o słowach tego mnicha. Ta perspektywa to jeden z elementów, które mi pomogły dotrzeć do mety mimo problemów ze skurczami przez 67 km. Tak, dużo km, i wyobraźcie sobie że z bólu musiałem leżeć na ziemi za każdym razem (7 w sumie). Dlaczego tak? Nie wiem. Może dieta nieodpowiednia, może treningi za mało adresowane pod ultra, może brak doświadczenia i nieznajomość własnego ciała...nieważne. Coś trzeba było robić, bo o wycofaniu nie było mowy, nie po to tyle trenowałem.

Zaczęła się więc seria pewnych trików.

Zacząłem z następującą techniką: ja biegam i boli, ale osoby które kibicują są uśmiechnięte, robią sobie zdjęcia, bawią się, one żadnego bólu nie czują. Próbowałem stosować technikę taką, że jestem kibicem i patrzę na siebie kiedy biegam. Z tej perspektywy widziałem siebie, biegacz który wolnym krokiem napierał do przodu. Widziałem buffa, moje buty, moją minę, to byłem ja ale...bez bólu. Ćwiczyłem ostatnio taką technikę i mimo, że łatwa nie jest i nie działa przez 12 godzin, mogę śmiało powiedzieć, że w moim najgorszym momencie ( od podbiegu na Niemcową do Gromadzkiej) udało mi się przetrwać mimo słowa organizatora z dnia poprzedniego które mi krążyły po głowie: ”Najwięcej osób decyduje się wycofać na 44 km, tam gdzie przepak”.


Kolejna technika, albo lepiej, gra którą stosowałem żeby o czymś myśleć i jakoś się bawić mimo skurczów to była „marka butów”. Chodzi o to żeby próbować zgadywać czy biegacz który nas mija lub który mijamy ma buty danej firmy. „Następny biegacz na trasie zakładam, że nosi Brooksy” – i tak dalej.
Dla odmiany zacząłem się bawić „numerami startowymi” :” zakładam, że następny biegacz ma numer startowy parzysty” itd itd itd.....
Nie ukrywam, że same gry prawdopodobnie by nie działały gdybym nie stosował podstawową technikę strategiczną, mianowicie dzielenie trasy w kawałkach. U mnie to działa w bardzo prosty sposób: od punktu odżywczego do następnego, w tym przypadku w kawałkach po około 20 km. Jeśli mamy kryzys wiadomo, że inaczej brzmi :”jeszcze 4 km i napiję się czegoś”, a „oh kurde, jeszcze 50 km a już umieram”.

Ostatnie 10 km po płaskim, tak zwana przez organizatorów „próba charakteru” specjalnie mnie męczyła, ale jak często bywa w biegach ultra, zawsze jest z kim gadać. Uczyłem się jeszcze jedno: NIGDY nie pytać turystów ile km do mety!Odpowiedzi mogą rozwalić system! Mając niecałe 2 km do mety słyszałem od bardzo poważnej Pani „mmmm jakieś 8 km”, od drugiej że 5, od kolejnej, że już jestem ale ja nic nie widzę.... Myślałem, że skoczę do Donajca lub kradnę rower J nigdy nie zazdrościłem tak bardzo kiedy ktoś jeździł rowerem, tak lekko z górki trzeba by było pedałować tylko minimalnie, bez trudu, i Szczawnica by była od razu za rogiem...
Jednak zbliżając się do mety, słysząc głos speakera i patrząc na tłumy biegaczy z innych biegów bardzo szybko się zapomina o wszystkim, co bolesne i negatywne, pozostaje tylko czas na dumę i..na zimne piwo :)




wtorek, 19 kwietnia 2016

BIEGACZE KŁAMIĄ




Chciałbym dzisiaj Wam przedstawić pewny temat, dla zabawy, z dystansem do siebie - dotyczy on tego jak my biegacze, może nie wszyscy, ale pewnie większość z Nas, zachowuje się w pewnych sytuacjach niezależnie od kraju pochodzenia. To co obserwuję we Włoszech w biegowych sferach, widzę na co dzień rówież w Polsce, choć nie mogę powiedzieć tego samego jeśli chodzi o mentalność niebiegjących. To potwierdza, że biegacze, to jedna duża międzynarodowa rodzina.
Biegacz, tak jak każda osoba, która ma jakieś uzależnienie to kłamczuch. Przez brak endorfin tak jak pod wpływem endorfin byłby w stanie mówić cokolwiek, żeby osiągnąć biegowy cel. Nigdy nie można mu ufać.
Kłamie kiedy mówi o kilometrach. Zawsze będzie dodawał km jeśli chce być ciekawszy kiedy z kimś rozmawia i zawsze będzie je odejmował kiedy chce pokazać że ma dobre wyniki bez ciężkich treningów.
Kłamie kiedy mówi o kosztach. Bieganie, to pewien koszt: buty, ciuchy, wpisowe. Czasami jest świadomy tego, że to duże koszty. Dlatego będzie bardzo niedokładny co do odpowiedzi na pytanie „ile kosztowały te buty?- „nie no mało, znalazłem super ofertę”, „Naprawdę potrzebowałeś jeszcze jeden zegarek?”- ” wiesz, była taka cena, że nie można było tego nie kupić”, ”Co to znaczy że maraton w Tokyo nie jest taki drogi?” – „znalazłem super cenę na lot i wcale nie jest droższy od Berlina”...(zapominając że mimo „taniego” lotu hotel jest od cholery drogi).
Kłamie kiedy mówi o zawodach. „W tę niedzielę znowu startujesz?” – „Nie nie, spotykam się z kolegami”. To nie prawda – nawet dawno temu już się zapisał na ten bieg.
Kłamie ze sobą. “Kurcze naprawdę potrzebowałem te buty, te co kupiłem miesiąc temu już się nie nadają”, “To mega oferta!Za taką cenę już nie znajdę!”.”Tamte buty do błota są ok ale nie do takiego co będzie na Łemkowynie”.
Biegacz nienawidzi wszystko co się dzieje w niedzielę rano poza bieganiem, czyli komunie, śluby, rocznice, urodziny, lunchy z kuzynami – wtedy nie może ani trenować ani startować, jest wściekły, obrażony na cały świat i na całą rodzinę i ma nadzieje że coś złego w ostatniej chwili się wydarzy i że nic z tych spotkań nie będzie, wtedy będzie mógł uciekać do lasu. To będzie jego perfidna zemsta.

No więc tak…jesteśmy kłamcami... ale w sumie czy jest coś w tym złego? Czy każda pasja musi być racjonalna?

Powiem Wam szczerze że większość tego co pisałem jest też o mnie, a teraz....wasza kolej!Ręka do góry czy też tak macie :)

*Zbieżność wydarzeń przypadkowa. Autor nie ponosi odpowiedzialośi jeśli tekst przeczyta twoja żona/mąż, dziewczyna/chłopak czy teściowa i będziesz miał przerąbane :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

4 PYTANIA KTÓRE MUSISZ SOBIE ZADAĆ ZANIM PRZEKROCZYSZ KOLEJNĄ METĘ


Kiedy zacząłem biegać Ultra tak się zajarałem tymi biegami że porywałem się na wszystko, bo ciągle chciałem więcej i więcej..i wiecie co? Nie wyszło. Dlaczego? Bo nie byłem gotowy. Po takiej sytuacji w Łemkowynie przeanalizowałem wszystko i doszedłem do wniosku, że nie wydarzyłoby się to gdybym zadał sobie kilka pytań.
Co to za pytania? Zaraz je Wam przedstawię. Może dzięki temu Wam będzie łatwiej się zmotywować i osiągnąć sukces. A przede wszystkim uniknięcie porażki i rozczarowań.
Ciężka praca, żeby dążyć do celu to coś co ludzie robią codziennie, niezależnie od rodzaju wysiłku. Mieć lepsze stanowisko w firmie, schudnąć, lepszy czas na 5 km, robić brzuszki żeby mieć kaloryfer, uczyć się kolejnego języka: to przykłady niektórych pomysłów do zrealizowania.
Istnieją różne mety dla każdego z nas ale prawda jest taka, że nie zawsze nam się uda je przekroczyć. Dobrze wiem że to co piszę nie działa motywacyjnie, ale niestety czasami tak po prostu jest.
Z drugiej strony są osoby którym się udaje wszystko co sobie zaplanują: dlaczego? Może dlatego, że znają swoje ograniczenia, że są w stanie poprawnie ustalić jakie są ich priorytety i że prawdopodobnie mają odpowiednią motywację. Osoba która nigdy nie startowała na 5 km, ale która zdecydowała to zrobić dla żony czy babci żeby im dedykować takie osobiste „zwycięstwo” prawdopodobnie da radę osiągnąć taki cel. Z kolei facet który po raz pierwszy startuje bo kolega też to robi może mieć problem z osiągnięciem celu dlatego, że motywacja jest w tym przypadku niewystarczająca.
Żeby właśnie nie było tak jak pisałem powyżej, za każdym razem kiedy się zastanawiasz nad startem, niezależnie od dystansu czy bieg będzie w górach czy po asfalcie, powinieneś sobie zadać 4 pytania :
1.      Dlaczego chcę to robić?
2.      Dlaczego teraz się na to zdecyduję?
3.      Jakie znaczenie będzie to miało dla mnie jeśli mi się uda?
4.      Jakie znaczenie będzie to miało dla mnie jeśli mi się nie uda?

Taki prosty sposób pomoże Ci wyjaśnić co to znaczy dla Ciebie następna meta, jakie ma miejsce w Twoim życiu i czy to jest to czego naprawdę chcesz.
Ja tak robię ze startami Ultra: wolę zawsze się upewnić czy 100 km to coś dla mnie czy nie lepiej by było startować na 30 lub 65 km, prawie wszędzie już mamy taki wybór.

Pamiętaj o jednym: jeśli Twoje odpowiedzi na tę pytania będą niejasne lub nie będziesz wiedział co powiedzieć, to znaczy że to co masz zamiar robić nie jest dla Ciebie. Po prostu. Wtedy będziesz mógł się skupić nad innymi startami, nic w tym złego.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Z serii „Terzoni poleca” : gdzie jeść w Zakopanem


Od kiedy mieszkam w Polsce, najczęstsze pytanie do mnie to „Gdzie mogę zjeść dobry makaron lub pizza?”. Wtedy zapytam „w jakim mieście?” i zaczyna się moja lista.

Ja, Włoch, człowiek bardzo wybredny (niestety) od urodzenia, potrzebuje dobrze jeść żeby funkcjonować. U mnie (jeszcze raz piszę „niestety”) nie ma że jedzenie „może być” – jedzenie MUSI być super bo jak źle jem to źle się czuje a do tego robię się nerwowy i nie do zniesienia.

Po wielu latach w branży gastronomicznej wiem jak restauracje działają, co zamawiają, gdzie kupują, co jest oryginalne a co nie. Każda podróż to testowanie i świadomość że jak źle jem mój trening może się nawet nie odbyć lub że start będzie porażką (jeszcze dziś dziękuję pseudo-kucharzowi z Wrocławia który wysłał mnie 2 razy wymiotować przed Półmaratonem nocnym.  Próby trwały kilka lat i dalej trwają, dlatego przygotowałem i dalej będę przegotował listę dla Was.

Jeśli uznam że coś jest naprawdę dobry to znaczy że jest NAPRAWDĘ dobry (moi znajomi wiedzą że mogą mi ufać).

Zakopane mówiliśmy..tak. Pierwszy raz tu trenowałem, trzeci raz tu byłem i jeszcze 3 dni temu nie miałem żadnego poważnego kandydata na notoryczne pytanie : „Chris gdzie możemy zjeść przed startem lub podczas obozu?”.

Odpowiedz teraz jest i ta restauracja jest w moim top 3 w Polsce :

LE CHALET – Murzasichle .

Trafić tam samemu jest prawie niemożliwe, tę knajpę trzeba po prostu znać. Dwa lata temu koleżanka z bardzo znanego bloga kulinarnego w Polsce powiedziała mi że akurat parę km od Zakopanego jest najlepsza włoska restauracja/pizzeria w całej Polsce. Dziwnie co? Nie Warszawa, nie Kraków...Murzasichle i, ah no tak, że Włoch prowadzi knajpę. Najpierw moje pierwsze pytanie nawet był „a co robi Włoch w Murzasichle?” bo nawet nie wiedziałem gdzie to jest!

Wielkanoc była świetną okazją żeby testować to miejsce, rano pobiegłem na Kasprowy, tam gdzie pogoda pozwoliła bo potem już nic nie widziałem, nawet szlaku, potem 90% trasy na Giewont z żoną, na luzie ale też w trudnych warunkach...w sumie jak poszedłem do środka i widziałem że jest kominek pomyślałem że tylko to co naprawdę miałem w głowie od paru godzin to był FOOD!

Przed Ultra mój wybór jest zawsze pomiędzy makaronem a pizzą.Pizza wchodzi w grę tylko jeśli jest lekka, smaczna i nie taka że będę musiał się budzić w nocy 25 razy żeby pić . Makaron z kolei musi być al dente i lekki (przed treningiem lub startem wolę z pesto z bazylii ale mam też inne warianty).
Na drzwiach jest pewna informacja : „W tej restauracji podajemy potrawy według tradycyjnych włoskich przepisów, dlatego do pizzy nie podajemy sosów typu ketchup”. Pierwszy znak tradycji włoskiej. Drugi znak : piec opalany drewnem, tak jak przewiduje neapolitańska tradycja.

Moja trasa kulinarna 2-etapowa (bo dzień później wróciłem) rozpoczeła się z włoską Focaccią i z Caprese z mozzarellą z bufalii – ciasto nietypowe, chrupiące, bardzo przyjemne. Sałatka bardzo dobra, bo była chyba najlepszą mozzarellą którą jadłem w Polsce.
Pizza ze speckiem i serem mascarponem była fenomenalna, składniki są bardzo dobrej jakości bo właściciel sam jeździ do Włoch żeby je kupić i to koło Parmy-Stolica gastronomiczna według UNESCO. Byłem po 25 km treningu i dlatego zjadłem taką pizzę, przed startem bym nie polecał bo sam mascarpone ma 80% tłuszczu i nie da się trawić od razu. Żona zamówiła Tortelli d’erbetta na maśle, czyli większe ravioli ze szpinakiem (oryginalna wersja jest ze szczawiem) : super.
Makaron alla puttanesca zdał test na 5+, dla mnie po prostu rewelacja : sos pomidorowy to zawsze dobra opcja pod warunikiem że pomidory nie są kwaśne a tu tego problemu nie było. Kapary, oliwki i anchois to klasyczny włoski zestaw, lekki i zmaczny, polecam o każdej porze.
Jeśli chcecie świętować po udanym starcie lub chcecie zapomnieć o porażce to zamawiajcie Tartufo nero affogato w gorącej czekoladzie (dla niewtajemniczonych wyjaśniam że jest to duża kula czekoladowych lodów która kryje w sobie mniejszą lodową kulę o smaku likieru. Całość jest podana w pucharku wypełnionym gorącą płynną czekoladą), gwarantuję że to bajka.


P.s : Magda Gessler w porówniu do żony właściciela, Pani z Murzasichla w wieku ok. 60 lat, to pikus. Raczej nie ppolecam zapytać czy można coś robić bardziej po polsku, może się traumatycznie skonczyć J